Przejdź do głównej zawartości

"xXx: Reaktywacja", reż. D.J. Caruso

   Do tego filmu absolutnie nic mnie nie przyciągało. Vin Diesel z wiekiem gwarantuje coraz bardziej absurdalne produkcje, jego ruchy już jakieś takie mniej małpie uzasadniają użycie jakiś ulepszaczy.

Potem na ekranie widzimy, co widzimy i pozostaje słuchać dudniącej rytmem "umca umca" muzyki, na dodatek stereo... można oszaleć. Tak nastawiony wybrałem się do kina. Oczekiwałem, że chociaż jakiś czarny charakter będzie konkretny, a może nawet "niezniszczalny" bohater będzie walczył o coś więcej niż banana.

   Xander Cage (Vin Diesel) powraca do akcji. Po śmierci (Augusta Gibbonsa) zostaje poproszony o reaktywacje. Jego misją jest odnalezienie grupy, która ukradła broń z rąk NSA, której użycie zagraża ludzkości. Bohater organizuje sobie ekipę i rusza w pościg w poszukiwaniu "puszki pandory".

   Film mnie zaskoczył. Było nawet gorzej niż myślałem. Fabuła tak prosta, że już po kilku minutach można było sobie odpuścić kibicowanie ekipie niezniszczalnych wariatów. Scenariusz trafiał w punkt. Nie będąc fanem serii muszę się pochwalić, że przewidziałem większość następujących po sobie dialogów, które zmęczeni fikaniem wypowiadali na przemian teoretycznie źli i dobrzy. Sceny walk...Może to miał być rdzeń? Montował  i kręcił to jakiś człowiek bez poczucia odpowiedzialności za to co robi. Bujał tą kamerą, dziwacznie operował, mieszał i zadziwiał brakiem kompetencji. Słowa krytyki należą się scenarzystom...Taka mnogość akcji, że zgubiłem się w liczeniu i naliczyłem jakoś pięć miejsc, gdzie śmigały kulki, lała się krew i strzelały kości. Hallelujah, dochodzimy do bohaterów...Vin Diesel wypada olśniewająco dobrze przy bandzie wspomagającej, która nawet przy strzelaniu z broni wygląda jak ekspozycja w muzeum figur woskowych. Zatrudnieni Azjaci (Donnie Yen, Kris Wu, Tony Jaa) dodają kolejne sekwencje ciosów do bijatyk i nic więcej, nie wnoszą żadnej wartości, są jałowi. Becky Clearidge (Nina Dobrev) to plusik tej produkcji, była jakaś, kapkę zabawna.  Muzyka to katastrofa. Fan popu i dubstepowych wstawek wrzucił nam na ruszt swoją playlistę i myślał, że będzie klimacik. Katastrofa. Nie obyło się bez scen erotycznych, kiczu i szpanu, ale to chyba taki automat, o którym twórcy nie mogli zapomnieć. Znaki  jakości musiały się pojawić. Jedyne co przyprawiło mnie o moment większego skupienia to zjazd na desce, który trwał 30 sekund i pytanie co w tym filmie robił Neymar? Czarny charakter to śmiech, przepraszam: SALWY ŚMIECHU.

Wynudziłem się do granic możliwości. Spodziewałem się nędzy, dostałem katastrofę. Nawet nie mogłem potupać nóżką, bo nie było chociażby jednej żywej nuty. Jeden uśmiech, 30 sekund skupienia i kapitulacja w końcówce. Na co Oni te pieniądze wydali? Nie polecam. To kina bez serca.

OCENA: 2/10


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

"ŻYCIE JEST PIĘKNE", reż. Roberto Benigni

gatunek:Dramat, Komedia, Wojenny
produkcja: Włochy
reżyseria:Roberto Benigni
scenariusz:Roberto Benigni, Vincenzo Cerami
premiera: 12 marca 1999 (Polska), 20 grudnia 1997 (świat)

       Dzisiaj, mając możliwość wyboru kolejnego filmu sięgnąłem po "Życie jest piękne". Przyznam się, że sam tytuł jest nośny. Uległem pokusie...Przyciągnął mnie. Sam zakres tematyki jest wystarczająco ciekawy. Symbioza gatunków filmowych postawiła kolejny filar pod moim zainteresowaniem. Stało się, obejrzałem. Jakie wnioski?

       "Życie jest piękne" opowiada historię charyzmatycznego człowieka, w dobie Holocaustu. Guido Orefice (Roberto Benigni) zakochuje się w pięknej Dorze (Nicoletta Braschi). Realizuje kolejne, szalone pomysły, tylko po to aby zwrócić jej uwagę. Ta strategia przynosi efekt oraz, w następstwie ożenek. Dopełnieniem radości jest owoc tej miłości - Giosue. Ich radość nie trwa długo...Pewnego dnia (urodziny małego Giosue), z uwagi na pochodzenie żydowskie, Guido z synem i wuj…

KU POKRZEPIENIU SERC

Wszyscy moi mężczyźni" (97 minut)
Reżyseria:Hallie Meyers-Shyer
Scenariusz:Hallie Meyers-Shyer
Zdjęcia: Dean Cundey
Gatunek: Komedia romantyczna
Budżet: 12 000 000 $





Tytuł filmu „Wszyscy moi mężczyźni" jest błędny. Upycha (już na starcie) produkcję studia Black Bicycle Entertainment, w reżyserii Hallie Meyers-Shyer do worka z napisem „dla kobiet", „kino kobiece", „romansidło". Oryginalny („Home again") jest poziom wyżej i nie ogranicza widzów do szufladkowania. Ekranem zawładnie Reese Whiterspoon, a mężczyźni będą stanowić tło do rozważań o życiu, po życiu w burzliwym i wypalonym związku.

Alice opuszcza Nowy Jork. Separacja z mężem prowadzi ją do Los Angeles. Razem z dwiema córeczkami wprowadza się do rodzinnego domu. W dniu urodzin poznaje trzech uzdolnionych, szarmanckich mężczyzn. Impreza przenosi się do domu bohaterki, a chłopcy za namową matki Alice zostają u niej na dłużej. Damsko-męskie relacje przyniosą sporo niespodzianek, kiedy do drzwi zapuka mąż.


DWUNASTY ZAWODNIK

THOR: RAGNAROK (130 minut)

Reżyseria: Taika Waititi
Scenariusz: Eric Pearson, Craig Pyre
Muzyka: Mark Mothersbaugh



Moda na filmy o superbohaterach trzyma się mocno. Mimo pozornego wyczerpania bazy tematów o panach i pannach w kostiumach, studia decydują się na rewolucję popartą ewolucją, dość naturalną. W końcu tam na górze (w studiu rzecz jasna) zrozumieli, że sukces filmu opiera się na zadowoleniu widza. Jak tu utożsamiać się w nieskończoność z latającym blondynem i jego cudownym młotem? On jest taki niezniszczalny. Jego kumple i sojusznicy, przecież nie bogowie, też nie imają się pocisków i ran. Dwunasty zawodnik - jego brakowało!



Thor - nordycki bóg grzmotów, zostaje schwytany i uwięziony. Asgard i dobro cywilizacji są zagrożone. Hela (Cate Blanchett), potomkini odchodzącego Odyna pragnie krwi i podbojów innych krain. Thor (Chris Hemsworth) przepełniony przepowiednią o zbliżającym się Ragnaroku musi wrócić do domu, zebrać drużynę i  pokonać niebezpieczną kobietę, a co najważniejsze oca…