Przejdź do głównej zawartości

"MILCZENIE", reż. Martin Scorsese

          Kiedy zachwycony możliwością spędzenia kolejnych godzin w kinie oglądam przewijające się reklamy i zwiastuny, to szukam czegoś niezwykłego. Wtedy widzę zwiastun "Milczenia". Reżyser, obsada, magia — wiem, że muszę to zobaczyć. Nie chciałem zbyt wiele czytać o samej produkcji, bo uznałem, że lubię, kiedy Scorsese mnie zaskakuje. Powiem szczerze, miałem spore nadzieje.

    
          XVII wiek. Dwóch młodych jezuitów zostaje wysłanych do Japonii, gdzie toczy się bezwzględna walka z chrześcijaństwem. Ich zadanie ma być realizowane potajemnie, bo w tym kraju, w tym wieku inne religie są tępione. Misjonarze poszukują swojego nauczyciela – słynącego z odwagi kapłana, o którym krążą plotki, że wyrzekł się wiary katolickiej i został buddyjskim mnichem. Cała misja będzie kosztować ich mnóstwo siły, a wiarę wystawi na ogromną próbę.



          Zgadza się prawie wszystko. Tytuł, niby zaściankowy, ciut zbyt prosty, ale ja to biorę. Już po pierwszych scenach miałem wyrysowane zdziwienie na twarzy, przypominające "dziubek". Wciągnąłem się, nie da się ukryć. Uwielbiam dobre zdjęcia, świetny dźwięk, bo wtedy podróż jest głębsza, stykamy się z pełnym poznaniem i nic nam nie przeszkadza. Tutaj balansujemy na wielu tonach i płaszczyznach, bo Japonia to zupełnie inna kultura. Zrozumienie, a przeniesienie tego na ekran? To dwie różne rzeczy. Jestem pod wrażeniem. Temat wiary, duchowieństwa, przedstawienie emocjonalnej drogi, czy też takiego historycznego aspektu, bo przecież tak to można odbierać, aktorzy...a szczególnie Garfield wygrywają to, co mają do zagrania i wygrania dla siebie. Dotychczas miałem problem z jego mimiką. W poprzednich produkcjach, chociażby w "Przełęczy Ocalonych", gdzie w niektórych scenach czułem jego jakiś dziwny ból, jakby coś go uwierało, taki grymas, poplątany z dziwnym marszczeniem, może słońce tam świeciło prosto w twarz? Tutaj natomiast jest zbilansowany, dobrze wpisany, świetnie ubrany... Kostiumy to taka pieczątka, oddają klimat i świetnie pozwalają widzowi przenieść się do tamtych czasów. Adam Driver to dobry klecha, z głębokim głosem, wychudzony jest przyzwoitym kontrastem dla Andrew i mimo tego, że to Garfield kradnie przedstawienie, to tego miło się ogląda i kiedy nie ma go na ekranie...myśli się co tam u niego? Dobrze to wymyślili. Można było odrobinę bardziej postarać się rozwinąć osobę Ferreiry. (poszukiwanego kapłana). Liam Neeson nawet się nie rozgrzał.

          Martin zmierzył się z tematem wiary, chrześcijaństwa wymierającego w Japonii w sposób fantastyczny, ponieważ nie mamy tutaj jakieś jaskrawości. Twórca pozwala sobie na nihilistyczne podejście do problemu, nie jest subiektywny. Raczej wyrachowany. Obiektywizm zachował, a ponadto myślę, że takie ukazanie historii jest bardzo sprawiedliwe dla widza. Nie ma tutaj miejsca na przemycone poglądy Scorsese, może oprócz końcowych scen, które kapkę mnie zadziwiły i nie były potrzebne. To dwie sceny i balans mimo to zachowany. Dodam już na marginesie, że podoba mi się zaangażowanie Martina. Dlaczego? Jest głównym producentem, reżyserem i scenarzystą. To pozwala na oddanie w umysł widza pięknej kompaktowej roboty, w każdym elemencie widać dzieło MISTRZA.



          To był długi seans, ale zapisał się jako bardzo dobry czas w moim życiu. Nie dość, że obejrzałem mocny film, to jeszcze sporo się dowiedziałem. Scorsese i jego świta popisali się, on jako producent zorganizował to w piękny sposób, dla mnie niepojęty, ale zauważalny na ekranie. Dobrał sobie to optymalnie, wszystko jak należy. To grało, buczało i chwytało tam, gdzie powinno... Przez prawie całe dzieło. Końcówka, jak
wspominałem wyżej odrobinę mnie zniesmaczyła, bo ciut to nihilistyczne podejście zostało zachwiane. Ubolewam, ale taki wybór autorów. Nie rozumiem braku nominacji, w tej najważniejszej oscarowej kategorii...najlepszy film. To absurd. Podobnie zamieniłbym powód nominacji dla
Garfielda, a mianowicie Przełęcz Ocalonych na Milczenie. 
         
OCENA:9/10 

Polecam gorąco, to jest prawdziwe kino.

Komentarze

  1. Lekki spojlery:
    Widzę, że całkowicie zgadzamy się w ocenie filmu - wszak u mnie też 9/10. Mi natomiast zakończenie się podobało, jeśli chodzi o wymowę czyli SPOJLER Bóg przemawiający do bohatera. Może zaburzyło to nihilistyczną wymowę filmu, ale przypieczętowało "autorskość" dzieła - Martin zrobił tak, jak chciał. Można było za to pominąć kilka ostatnich scen - gdyby film skończył się w momencie SPOJLER deptania obrazu zostawiłby mnie chyba z jeszcze większym opadem szczęki - tak zdążyłam trochę ochłonąć do napisów końcowych ;).

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

"ŻYCIE JEST PIĘKNE", reż. Roberto Benigni

gatunek:Dramat, Komedia, Wojenny
produkcja: Włochy
reżyseria:Roberto Benigni
scenariusz:Roberto Benigni, Vincenzo Cerami
premiera: 12 marca 1999 (Polska), 20 grudnia 1997 (świat)

       Dzisiaj, mając możliwość wyboru kolejnego filmu sięgnąłem po "Życie jest piękne". Przyznam się, że sam tytuł jest nośny. Uległem pokusie...Przyciągnął mnie. Sam zakres tematyki jest wystarczająco ciekawy. Symbioza gatunków filmowych postawiła kolejny filar pod moim zainteresowaniem. Stało się, obejrzałem. Jakie wnioski?

       "Życie jest piękne" opowiada historię charyzmatycznego człowieka, w dobie Holocaustu. Guido Orefice (Roberto Benigni) zakochuje się w pięknej Dorze (Nicoletta Braschi). Realizuje kolejne, szalone pomysły, tylko po to aby zwrócić jej uwagę. Ta strategia przynosi efekt oraz, w następstwie ożenek. Dopełnieniem radości jest owoc tej miłości - Giosue. Ich radość nie trwa długo...Pewnego dnia (urodziny małego Giosue), z uwagi na pochodzenie żydowskie, Guido z synem i wuj…

KU POKRZEPIENIU SERC

Wszyscy moi mężczyźni" (97 minut)
Reżyseria:Hallie Meyers-Shyer
Scenariusz:Hallie Meyers-Shyer
Zdjęcia: Dean Cundey
Gatunek: Komedia romantyczna
Budżet: 12 000 000 $





Tytuł filmu „Wszyscy moi mężczyźni" jest błędny. Upycha (już na starcie) produkcję studia Black Bicycle Entertainment, w reżyserii Hallie Meyers-Shyer do worka z napisem „dla kobiet", „kino kobiece", „romansidło". Oryginalny („Home again") jest poziom wyżej i nie ogranicza widzów do szufladkowania. Ekranem zawładnie Reese Whiterspoon, a mężczyźni będą stanowić tło do rozważań o życiu, po życiu w burzliwym i wypalonym związku.

Alice opuszcza Nowy Jork. Separacja z mężem prowadzi ją do Los Angeles. Razem z dwiema córeczkami wprowadza się do rodzinnego domu. W dniu urodzin poznaje trzech uzdolnionych, szarmanckich mężczyzn. Impreza przenosi się do domu bohaterki, a chłopcy za namową matki Alice zostają u niej na dłużej. Damsko-męskie relacje przyniosą sporo niespodzianek, kiedy do drzwi zapuka mąż.


DWUNASTY ZAWODNIK

THOR: RAGNAROK (130 minut)

Reżyseria: Taika Waititi
Scenariusz: Eric Pearson, Craig Pyre
Muzyka: Mark Mothersbaugh



Moda na filmy o superbohaterach trzyma się mocno. Mimo pozornego wyczerpania bazy tematów o panach i pannach w kostiumach, studia decydują się na rewolucję popartą ewolucją, dość naturalną. W końcu tam na górze (w studiu rzecz jasna) zrozumieli, że sukces filmu opiera się na zadowoleniu widza. Jak tu utożsamiać się w nieskończoność z latającym blondynem i jego cudownym młotem? On jest taki niezniszczalny. Jego kumple i sojusznicy, przecież nie bogowie, też nie imają się pocisków i ran. Dwunasty zawodnik - jego brakowało!



Thor - nordycki bóg grzmotów, zostaje schwytany i uwięziony. Asgard i dobro cywilizacji są zagrożone. Hela (Cate Blanchett), potomkini odchodzącego Odyna pragnie krwi i podbojów innych krain. Thor (Chris Hemsworth) przepełniony przepowiednią o zbliżającym się Ragnaroku musi wrócić do domu, zebrać drużynę i  pokonać niebezpieczną kobietę, a co najważniejsze oca…