sobota, 25 lutego 2017

"xXx: Reaktywacja", reż. D.J. Caruso

   Do tego filmu absolutnie nic mnie nie przyciągało. Vin Diesel z wiekiem gwarantuje coraz bardziej absurdalne produkcje, jego ruchy już jakieś takie mniej małpie uzasadniają użycie jakiś ulepszaczy.

Potem na ekranie widzimy, co widzimy i pozostaje słuchać dudniącej rytmem "umca umca" muzyki, na dodatek stereo... można oszaleć. Tak nastawiony wybrałem się do kina. Oczekiwałem, że chociaż jakiś czarny charakter będzie konkretny, a może nawet "niezniszczalny" bohater będzie walczył o coś więcej niż banana.

   Xander Cage (Vin Diesel) powraca do akcji. Po śmierci (Augusta Gibbonsa) zostaje poproszony o reaktywacje. Jego misją jest odnalezienie grupy, która ukradła broń z rąk NSA, której użycie zagraża ludzkości. Bohater organizuje sobie ekipę i rusza w pościg w poszukiwaniu "puszki pandory".

   Film mnie zaskoczył. Było nawet gorzej niż myślałem. Fabuła tak prosta, że już po kilku minutach można było sobie odpuścić kibicowanie ekipie niezniszczalnych wariatów. Scenariusz trafiał w punkt. Nie będąc fanem serii muszę się pochwalić, że przewidziałem większość następujących po sobie dialogów, które zmęczeni fikaniem wypowiadali na przemian teoretycznie źli i dobrzy. Sceny walk...Może to miał być rdzeń? Montował  i kręcił to jakiś człowiek bez poczucia odpowiedzialności za to co robi. Bujał tą kamerą, dziwacznie operował, mieszał i zadziwiał brakiem kompetencji. Słowa krytyki należą się scenarzystom...Taka mnogość akcji, że zgubiłem się w liczeniu i naliczyłem jakoś pięć miejsc, gdzie śmigały kulki, lała się krew i strzelały kości. Hallelujah, dochodzimy do bohaterów...Vin Diesel wypada olśniewająco dobrze przy bandzie wspomagającej, która nawet przy strzelaniu z broni wygląda jak ekspozycja w muzeum figur woskowych. Zatrudnieni Azjaci (Donnie Yen, Kris Wu, Tony Jaa) dodają kolejne sekwencje ciosów do bijatyk i nic więcej, nie wnoszą żadnej wartości, są jałowi. Becky Clearidge (Nina Dobrev) to plusik tej produkcji, była jakaś, kapkę zabawna.  Muzyka to katastrofa. Fan popu i dubstepowych wstawek wrzucił nam na ruszt swoją playlistę i myślał, że będzie klimacik. Katastrofa. Nie obyło się bez scen erotycznych, kiczu i szpanu, ale to chyba taki automat, o którym twórcy nie mogli zapomnieć. Znaki  jakości musiały się pojawić. Jedyne co przyprawiło mnie o moment większego skupienia to zjazd na desce, który trwał 30 sekund i pytanie co w tym filmie robił Neymar? Czarny charakter to śmiech, przepraszam: SALWY ŚMIECHU.

Wynudziłem się do granic możliwości. Spodziewałem się nędzy, dostałem katastrofę. Nawet nie mogłem potupać nóżką, bo nie było chociażby jednej żywej nuty. Jeden uśmiech, 30 sekund skupienia i kapitulacja w końcówce. Na co Oni te pieniądze wydali? Nie polecam. To kina bez serca.

OCENA: 2/10


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz