czwartek, 23 lutego 2017

"MILCZENIE", reż. Martin Scorsese

          Kiedy zachwycony możliwością spędzenia kolejnych godzin w kinie oglądam przewijające się reklamy i zwiastuny, to szukam czegoś niezwykłego. Wtedy widzę zwiastun "Milczenia". Reżyser, obsada, magia — wiem, że muszę to zobaczyć. Nie chciałem zbyt wiele czytać o samej produkcji, bo uznałem, że lubię, kiedy Scorsese mnie zaskakuje. Powiem szczerze, miałem spore nadzieje.

    
          XVII wiek. Dwóch młodych jezuitów zostaje wysłanych do Japonii, gdzie toczy się bezwzględna walka z chrześcijaństwem. Ich zadanie ma być realizowane potajemnie, bo w tym kraju, w tym wieku inne religie są tępione. Misjonarze poszukują swojego nauczyciela – słynącego z odwagi kapłana, o którym krążą plotki, że wyrzekł się wiary katolickiej i został buddyjskim mnichem. Cała misja będzie kosztować ich mnóstwo siły, a wiarę wystawi na ogromną próbę.



          Zgadza się prawie wszystko. Tytuł, niby zaściankowy, ciut zbyt prosty, ale ja to biorę. Już po pierwszych scenach miałem wyrysowane zdziwienie na twarzy, przypominające "dziubek". Wciągnąłem się, nie da się ukryć. Uwielbiam dobre zdjęcia, świetny dźwięk, bo wtedy podróż jest głębsza, stykamy się z pełnym poznaniem i nic nam nie przeszkadza. Tutaj balansujemy na wielu tonach i płaszczyznach, bo Japonia to zupełnie inna kultura. Zrozumienie, a przeniesienie tego na ekran? To dwie różne rzeczy. Jestem pod wrażeniem. Temat wiary, duchowieństwa, przedstawienie emocjonalnej drogi, czy też takiego historycznego aspektu, bo przecież tak to można odbierać, aktorzy...a szczególnie Garfield wygrywają to, co mają do zagrania i wygrania dla siebie. Dotychczas miałem problem z jego mimiką. W poprzednich produkcjach, chociażby w "Przełęczy Ocalonych", gdzie w niektórych scenach czułem jego jakiś dziwny ból, jakby coś go uwierało, taki grymas, poplątany z dziwnym marszczeniem, może słońce tam świeciło prosto w twarz? Tutaj natomiast jest zbilansowany, dobrze wpisany, świetnie ubrany... Kostiumy to taka pieczątka, oddają klimat i świetnie pozwalają widzowi przenieść się do tamtych czasów. Adam Driver to dobry klecha, z głębokim głosem, wychudzony jest przyzwoitym kontrastem dla Andrew i mimo tego, że to Garfield kradnie przedstawienie, to tego miło się ogląda i kiedy nie ma go na ekranie...myśli się co tam u niego? Dobrze to wymyślili. Można było odrobinę bardziej postarać się rozwinąć osobę Ferreiry. (poszukiwanego kapłana). Liam Neeson nawet się nie rozgrzał.

          Martin zmierzył się z tematem wiary, chrześcijaństwa wymierającego w Japonii w sposób fantastyczny, ponieważ nie mamy tutaj jakieś jaskrawości. Twórca pozwala sobie na nihilistyczne podejście do problemu, nie jest subiektywny. Raczej wyrachowany. Obiektywizm zachował, a ponadto myślę, że takie ukazanie historii jest bardzo sprawiedliwe dla widza. Nie ma tutaj miejsca na przemycone poglądy Scorsese, może oprócz końcowych scen, które kapkę mnie zadziwiły i nie były potrzebne. To dwie sceny i balans mimo to zachowany. Dodam już na marginesie, że podoba mi się zaangażowanie Martina. Dlaczego? Jest głównym producentem, reżyserem i scenarzystą. To pozwala na oddanie w umysł widza pięknej kompaktowej roboty, w każdym elemencie widać dzieło MISTRZA.



          To był długi seans, ale zapisał się jako bardzo dobry czas w moim życiu. Nie dość, że obejrzałem mocny film, to jeszcze sporo się dowiedziałem. Scorsese i jego świta popisali się, on jako producent zorganizował to w piękny sposób, dla mnie niepojęty, ale zauważalny na ekranie. Dobrał sobie to optymalnie, wszystko jak należy. To grało, buczało i chwytało tam, gdzie powinno... Przez prawie całe dzieło. Końcówka, jak
wspominałem wyżej odrobinę mnie zniesmaczyła, bo ciut to nihilistyczne podejście zostało zachwiane. Ubolewam, ale taki wybór autorów. Nie rozumiem braku nominacji, w tej najważniejszej oscarowej kategorii...najlepszy film. To absurd. Podobnie zamieniłbym powód nominacji dla
Garfielda, a mianowicie Przełęcz Ocalonych na Milczenie. 
         
OCENA:9/10 

Polecam gorąco, to jest prawdziwe kino.

1 komentarz:

  1. Lekki spojlery:
    Widzę, że całkowicie zgadzamy się w ocenie filmu - wszak u mnie też 9/10. Mi natomiast zakończenie się podobało, jeśli chodzi o wymowę czyli SPOJLER Bóg przemawiający do bohatera. Może zaburzyło to nihilistyczną wymowę filmu, ale przypieczętowało "autorskość" dzieła - Martin zrobił tak, jak chciał. Można było za to pominąć kilka ostatnich scen - gdyby film skończył się w momencie SPOJLER deptania obrazu zostawiłby mnie chyba z jeszcze większym opadem szczęki - tak zdążyłam trochę ochłonąć do napisów końcowych ;).

    OdpowiedzUsuń