czwartek, 2 marca 2017

"POKOT", reż. Agnieszka Holland

     Miło się na sercu robi, kiedy wokół jednej osoby jest tyle kontrowersji. Należy podkreślić, w tym miejscu, że mowa o Agnieszce Holland i problem jest dużo ciekawszy niż kolejne intrygi w życiu Kardashianek. Ja, kiedy wyruszam do kina oddzielam sympatie polityczne, orientacje itp. Staram się pobrać mnóstwo danych, dać się porwać choćby jednej scenie. „Pokot” to kolejny film pani Holland i mnie nie mogło na nim zabraknąć.

     Emerytowana inżynierka Janina Duszejko, z zamiłowania pani astrolog i wegetarianka, mieszka w małej sudeckiej wsi. Pewnej śnieżnej, zimowej nocy odnajduje ciało martwego sąsiada-kłusownika. Okoliczności śmierci mężczyzny są niezwykle tajemnicze. Jedyne ślady wokół jego domu to ślady saren... Z czasem pojawiają się kolejne zwłoki lokalnych osobistości. Wszyscy zabici byli myśliwymi. Duszejko widząc niemoc policji, prowadzi własne śledztwo, którego wyniki są złowieszcze: czy to myśliwi stali się zwierzyną?

     Już od pierwszych, pokazanych na ekranie zdjęć wzięło mnie. Piękna kotlina, zjawiskowe uchwycenie natury i klimatyczna kompozycja barwnych dźwięków. Ależ dobrze, że to nam towarzyszyło przez cały seans. Kiedy myślę o analizie nasuwa mi się pewna wielowymiarowa poprawność. Każdy element jest z gracją i polotem dopasowany. Smaru czasem brakuje, ale te najważniejsze aspekty kinowego rzemiosła są na tip- (prawie) top. Scenariusz pozwala darzyć uwielbieniem bohaterów, nawet tych groźniejszych. Janina Duszejko (Agnieszka Mandat) to świetnie zrobiona i wykreowana postać. Jest to kompilacja wielu emocji... Miłość, cierpienie, zrozumienie. Aktorka zrobiła to świetnie. Świętopełk Świerszczyński „Matoga” (Wiktor Zborowski) to nieco mniej barwna postać, ale chce się jej kibicować, wiedzieć co tam mu w duszy gra. Kiedy robi się poważnie, a widz już odlatuje w kryminalny zakątek... Do zabawy dołącza Dyzio (fantastyczny Jakub Gierszał) oraz listonosz (Sebastian Pawlak). Kryminalna intryga, fabularny korkociąg są nakręcane wokół popularnego w mediach, ale nie do końca nam w tej odmianie dostępnego tematu. Kłusownictwo i moralne aspekty to baza tej opowieści. Wokół problemu twórcy budują niezły labirynt. Powiem więcej... Takiego kina już dawno w Polsce nie było. Łapiemy się na zadziornie budowane napięcie, ekranową magię, która pozwala zadać sobie kilka razy pytanie...kto to zrobił? Kto jest winny? Charakteryzacja, kostiumy i casting. Widać, że tutaj palce wkładał ktoś doświadczony, konkretny i zgrabny, w kursie na bardzo dobrą produkcję. Gwiazdy, gwiazdy, gwiazdy... Aktorzy wykorzystani do wymiocin na polskim rynku nie powodują łojotoku. Borys Szyc rodzi się na nowo, Grabowski jest świetnie wpisany, bo z jego ograniczeniem na nic więcej nie można liczyć. Jedynie Tomasz Kot jakoś tak w innym gwiazdozbiorze leżał. Zgasł totalnie, Holland kupiła mu maszynkę i zgoliła zarost, ubrała, dała tajemnicę. Nie zadziałało. Wielkim plusem jest obecność na ekranie wielu nacji. Aktorzy z sąsiednich krajów bawili, grali i nie dali się przytłoczyć. Plusem jest taka światowa realizacja, montaż. Wszelkie braki fabularne są pięknie przykryte tą kołderką. Nie wiem natomiast, na co komu te perfidne zbliżenia na facjaty. Miało to budować jakieś napięcie? Nie budowało. Miało to być wiaterkiem ze światowego kina i produkcji „House of Cards"? Niech tam to zostanie. Na szczęście twórcy podjęli, jeśli dobrze liczę trzy próby i amen. Dziękuję Im za słuszną nieśmiałość. Zagadka interesowała, była godna. Zachwycające jest ukazanie tak wielu wątków i piękna w takim kryminale. Szacunek.


     Ten film uświadomił mi, że niedaleko pada dzieło od Polski. Nawet w niej. Można za panią Agnieszką nie przepadać, krytykować jej styl bycia i poglądy polityczne, ale prawda jest taka, że to bardzo dobra produkcja. Temat został ukazany w ubrany w bardzo emocjonalne tony, czasem nawet opętanie, ale o dziwo, taka recepta i taki lek nie wywołuje alergii albo efektów ubocznych. Nie da się ukryć, że bawiłem się razem z twórcami. Podążałem za nimi.

OCENA: 8/10

sobota, 25 lutego 2017

"xXx: Reaktywacja", reż. D.J. Caruso

   Do tego filmu absolutnie nic mnie nie przyciągało. Vin Diesel z wiekiem gwarantuje coraz bardziej absurdalne produkcje, jego ruchy już jakieś takie mniej małpie uzasadniają użycie jakiś ulepszaczy.

Potem na ekranie widzimy, co widzimy i pozostaje słuchać dudniącej rytmem "umca umca" muzyki, na dodatek stereo... można oszaleć. Tak nastawiony wybrałem się do kina. Oczekiwałem, że chociaż jakiś czarny charakter będzie konkretny, a może nawet "niezniszczalny" bohater będzie walczył o coś więcej niż banana.

   Xander Cage (Vin Diesel) powraca do akcji. Po śmierci (Augusta Gibbonsa) zostaje poproszony o reaktywacje. Jego misją jest odnalezienie grupy, która ukradła broń z rąk NSA, której użycie zagraża ludzkości. Bohater organizuje sobie ekipę i rusza w pościg w poszukiwaniu "puszki pandory".

   Film mnie zaskoczył. Było nawet gorzej niż myślałem. Fabuła tak prosta, że już po kilku minutach można było sobie odpuścić kibicowanie ekipie niezniszczalnych wariatów. Scenariusz trafiał w punkt. Nie będąc fanem serii muszę się pochwalić, że przewidziałem większość następujących po sobie dialogów, które zmęczeni fikaniem wypowiadali na przemian teoretycznie źli i dobrzy. Sceny walk...Może to miał być rdzeń? Montował  i kręcił to jakiś człowiek bez poczucia odpowiedzialności za to co robi. Bujał tą kamerą, dziwacznie operował, mieszał i zadziwiał brakiem kompetencji. Słowa krytyki należą się scenarzystom...Taka mnogość akcji, że zgubiłem się w liczeniu i naliczyłem jakoś pięć miejsc, gdzie śmigały kulki, lała się krew i strzelały kości. Hallelujah, dochodzimy do bohaterów...Vin Diesel wypada olśniewająco dobrze przy bandzie wspomagającej, która nawet przy strzelaniu z broni wygląda jak ekspozycja w muzeum figur woskowych. Zatrudnieni Azjaci (Donnie Yen, Kris Wu, Tony Jaa) dodają kolejne sekwencje ciosów do bijatyk i nic więcej, nie wnoszą żadnej wartości, są jałowi. Becky Clearidge (Nina Dobrev) to plusik tej produkcji, była jakaś, kapkę zabawna.  Muzyka to katastrofa. Fan popu i dubstepowych wstawek wrzucił nam na ruszt swoją playlistę i myślał, że będzie klimacik. Katastrofa. Nie obyło się bez scen erotycznych, kiczu i szpanu, ale to chyba taki automat, o którym twórcy nie mogli zapomnieć. Znaki  jakości musiały się pojawić. Jedyne co przyprawiło mnie o moment większego skupienia to zjazd na desce, który trwał 30 sekund i pytanie co w tym filmie robił Neymar? Czarny charakter to śmiech, przepraszam: SALWY ŚMIECHU.

Wynudziłem się do granic możliwości. Spodziewałem się nędzy, dostałem katastrofę. Nawet nie mogłem potupać nóżką, bo nie było chociażby jednej żywej nuty. Jeden uśmiech, 30 sekund skupienia i kapitulacja w końcówce. Na co Oni te pieniądze wydali? Nie polecam. To kina bez serca.

OCENA: 2/10


czwartek, 23 lutego 2017

"MILCZENIE", reż. Martin Scorsese

          Kiedy zachwycony możliwością spędzenia kolejnych godzin w kinie oglądam przewijające się reklamy i zwiastuny, to szukam czegoś niezwykłego. Wtedy widzę zwiastun "Milczenia". Reżyser, obsada, magia — wiem, że muszę to zobaczyć. Nie chciałem zbyt wiele czytać o samej produkcji, bo uznałem, że lubię, kiedy Scorsese mnie zaskakuje. Powiem szczerze, miałem spore nadzieje.

    
          XVII wiek. Dwóch młodych jezuitów zostaje wysłanych do Japonii, gdzie toczy się bezwzględna walka z chrześcijaństwem. Ich zadanie ma być realizowane potajemnie, bo w tym kraju, w tym wieku inne religie są tępione. Misjonarze poszukują swojego nauczyciela – słynącego z odwagi kapłana, o którym krążą plotki, że wyrzekł się wiary katolickiej i został buddyjskim mnichem. Cała misja będzie kosztować ich mnóstwo siły, a wiarę wystawi na ogromną próbę.



          Zgadza się prawie wszystko. Tytuł, niby zaściankowy, ciut zbyt prosty, ale ja to biorę. Już po pierwszych scenach miałem wyrysowane zdziwienie na twarzy, przypominające "dziubek". Wciągnąłem się, nie da się ukryć. Uwielbiam dobre zdjęcia, świetny dźwięk, bo wtedy podróż jest głębsza, stykamy się z pełnym poznaniem i nic nam nie przeszkadza. Tutaj balansujemy na wielu tonach i płaszczyznach, bo Japonia to zupełnie inna kultura. Zrozumienie, a przeniesienie tego na ekran? To dwie różne rzeczy. Jestem pod wrażeniem. Temat wiary, duchowieństwa, przedstawienie emocjonalnej drogi, czy też takiego historycznego aspektu, bo przecież tak to można odbierać, aktorzy...a szczególnie Garfield wygrywają to, co mają do zagrania i wygrania dla siebie. Dotychczas miałem problem z jego mimiką. W poprzednich produkcjach, chociażby w "Przełęczy Ocalonych", gdzie w niektórych scenach czułem jego jakiś dziwny ból, jakby coś go uwierało, taki grymas, poplątany z dziwnym marszczeniem, może słońce tam świeciło prosto w twarz? Tutaj natomiast jest zbilansowany, dobrze wpisany, świetnie ubrany... Kostiumy to taka pieczątka, oddają klimat i świetnie pozwalają widzowi przenieść się do tamtych czasów. Adam Driver to dobry klecha, z głębokim głosem, wychudzony jest przyzwoitym kontrastem dla Andrew i mimo tego, że to Garfield kradnie przedstawienie, to tego miło się ogląda i kiedy nie ma go na ekranie...myśli się co tam u niego? Dobrze to wymyślili. Można było odrobinę bardziej postarać się rozwinąć osobę Ferreiry. (poszukiwanego kapłana). Liam Neeson nawet się nie rozgrzał.

          Martin zmierzył się z tematem wiary, chrześcijaństwa wymierającego w Japonii w sposób fantastyczny, ponieważ nie mamy tutaj jakieś jaskrawości. Twórca pozwala sobie na nihilistyczne podejście do problemu, nie jest subiektywny. Raczej wyrachowany. Obiektywizm zachował, a ponadto myślę, że takie ukazanie historii jest bardzo sprawiedliwe dla widza. Nie ma tutaj miejsca na przemycone poglądy Scorsese, może oprócz końcowych scen, które kapkę mnie zadziwiły i nie były potrzebne. To dwie sceny i balans mimo to zachowany. Dodam już na marginesie, że podoba mi się zaangażowanie Martina. Dlaczego? Jest głównym producentem, reżyserem i scenarzystą. To pozwala na oddanie w umysł widza pięknej kompaktowej roboty, w każdym elemencie widać dzieło MISTRZA.



          To był długi seans, ale zapisał się jako bardzo dobry czas w moim życiu. Nie dość, że obejrzałem mocny film, to jeszcze sporo się dowiedziałem. Scorsese i jego świta popisali się, on jako producent zorganizował to w piękny sposób, dla mnie niepojęty, ale zauważalny na ekranie. Dobrał sobie to optymalnie, wszystko jak należy. To grało, buczało i chwytało tam, gdzie powinno... Przez prawie całe dzieło. Końcówka, jak
wspominałem wyżej odrobinę mnie zniesmaczyła, bo ciut to nihilistyczne podejście zostało zachwiane. Ubolewam, ale taki wybór autorów. Nie rozumiem braku nominacji, w tej najważniejszej oscarowej kategorii...najlepszy film. To absurd. Podobnie zamieniłbym powód nominacji dla
Garfielda, a mianowicie Przełęcz Ocalonych na Milczenie. 
         
OCENA:9/10 

Polecam gorąco, to jest prawdziwe kino.